poniedziałek, 21 marca 2011

Gaziantep story 2


 
W związku z tym, że blokowanie stron tureckich odbywa się nie po raz pierwszy, sprytny osobisty Mój Turek pokazał mi jak blokadę należy obejść i jestem z powrotem.

Długo oczekiwana, druga (i ostatnia) porcja zdjęć z wyjazdu mojego do Gaziantep.
Tym razem zobaczymy Urfę i Haran.
Na początek Urfa. Te żarłoczne ryby na zdjęciu poniżej (pojawiające się na wyciągnięcie ręki, jak pies), wg. przypowieści pojawiły się gdy Abraham spadał z góry i powstało jezioro i drzewo zamieniło się w ryby...bądź jakoś tak. Nikt do końca nie potrafił mi przedstawić. Legenda również głosi, że Abraham się urodził właśnie tu, oraz , że było to pierwsze miasto założone po biblijnym Potopie.
Tak czy inaczej, miasto jest stare.
Na tradycyjnym bazarze dominują przyprawy (bardzo ostra papryka z Urfy) oraz chusty. W tym również niejaka puşi, czyli chusta podobna do arafatki; biało-czarna symbolizuje poparcie dla Kurdów. Ponoć różne grupy wykorzystują puşi jako symbol manifestu, różnicując kolory i tak na przykład, feministki turecki wybrały kolor fioletowy. Niektórzy noszą puşi od tak po prostu, bez ideologii. Zresztą, na bazarze mi wytłumaczono, że tylko biało czarna niesie za sobą manifest a cała reszta ( w tym również czarno biała), są po prostu dla ozdoby, a kiedyś dla osłony przed wiatrem i Słońcem). Rzeczywiście, wielu mężczyzn na ulicach miasteczek które mijaliśmy, nosiło takie chusty. Częstym widokiem były również szarawary.









Harran było następnym miejscem które odwiedziliśmy. To co do tej pory widziałam, było egzotyczne, ale w Harran było coś czego się zupełnie nie spodziewałam. Oprócz ruin najstarszego meczetu dawnej Anatolii (i ponoć pierwszego uniwersytetu na świecie), znadjują się tam domy/lepianki. Po wyglądzie bardziej bym je umiejscowiła w Afryce, ale tak naprawdę o krajach afrykańskich pewnie wiem jeszcze mniej niż o Turcji, więc to tylko taki ignorancki strzał. Sami spójrzcie i oceńcie. W wikipedii o tym nie ma, ale ta wioska domów nie dość że istnieje, to jest dalej zamieszkana. Na początku bardzo mnie to zaskoczyło i byłam pod wrażeniem, ale następnie dowiedziałam się ze to domy stoją tu nie więcej niż 150 lat (tak twierdził "pan przewodnik"). Najpierw to myślałam, że to jakieś pierwotne, prastare a 150 to i domy w Kłóbce, jak i nie jednej wsi polskiej mają. Nie mniej jednak, domy robią wrażenie. Zwłaszcza że niektóre są tak dostosowane. I drzwi wmurowali. I elektryczność. Jedno "gospodarstwo" zostało zamienione w muzeum dla turystów więc i elegancka toaleta się znajduje. Dom składa się z wielu pomieszczeń pod wieloma takimi kopułami. Pomieszczenia te są ze sobą w środku połączone wiec można swobodnie obejsc dom bez wychodzenia na zewnątrz. W obejściu była stoliki do herbaty, a za płotem koń i...wielbłąd. Tak proszę Państwa i wielbłąd się znalazł. Co prawda słyszałam, że gdzieś w Turcji ktoś może mieć wielbłąda, ale ja do tej pory nie widziałam. Nawet w tym małych wioskach przez które przejeżdżaliśmy. Jakiś osiołek - owszem, ale tu wierzę, że wielbłąd był pod turystów.
W fioletowym odzieniu (oraz w chuście o której już wspomnialam) możemy podziwiać moją koleżankę Cansu (czyt. Dżansu), która to mnie gościła u siebie w Gaziantep. Postanowiła ona zakupić sobie kaftan, czyli właśnie taki kolorowy, zdobiony, długi płaszcz używany zwłaszcza przy tradycyjnym wieczorze henny, czyli takim wieczorze panieńskim, gdzie kobiety tańczy (i chyba wróżą) kładąc sobie hennę na ręce. Nie wygląda to tak jak w Indiach, ze kwiaty na palcach itd. Trochę henny wewnątrz dłoni. Taka plama powstaje. Przynajmniej tak widziałam na zdjęciach u tureckiego, ale być może po prostu był to mało tradycyjny wieczór henny (skoro i on się na nim znalazł ;) ).









 Ostatnie zdjęcia, to takie..krajobrazy robione z samochodu. Dosyć pustynnie, ale momentami były duże jeziora, które wyglądały bardzo ładnie.


To tyle na dziś. Obiecuję poprawę i większą systeatyczność. hej hej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz