Hej hej.Opowieści z wyjazdu czas zacząć - część pierwsza.
Gaziantep, jak już podawałam wcześniej to miasto położone w innej części Turcji. Bliżej granicy z Syrią. Znane głównie z pysznego jedzenia i z bazarów specjalizujących się w, a jakże, jedzeniu oraz rzemieślniczych wyrobach miedzianych itp. Na zdjęciach poniżej zobaczycie właśnie takie bazary. Wrażenie robią ogromne, ale nie tylko na mnie. Gaziantep i okolice zwiedzałam, głównie, z dwiema koleżankami Turczynkami, które przyjechały tam z Ankary. Zaraz się okazało, że dostały długą listę zakupów od swoich rodzin, jako, że .. najlepsze jest tu wszystko co służy do jedzenia. Dziewczyny kupowały na kilogramy. Suszone warzywa, przyprawy, herbatę (bardzo ciemna i mocna), słodycze. Z wyrobami metalowymi może już mniej poszalały, ale też coś zabrały ze sobą. Ja zresztą również coś kupiłam, a mianowicie dwie przyprawy - jedna ostra papryka, druga- sumak, kwaskowata (często tu używana), oraz jakieś słodycze.
Zostało mi też zapowiedziane, że na pewno pojedziemy do Kilis, bo tam, do zwiedzania nie bardzo dużo, ale w związku z bliskością Kilis do Syrii, przemyt kwitnie i handel z nim związany również. W ramach ciekawostek zostało mi obiecane..pyszne jedzenie :) a zwłaszcza deser który miał mnie zmieść z powierzchni ziemi. Prawie tak się stało.
Kilis to niewielkie miasteczko, bez szałów architektonicznych, choć oczywiście pewne starsze budowle, meczet, łaźnia były do odnalezienia. Należy jednak pamiętać, że mówimy o małym miasteczku gdzieś na krańcu Turcji, a nie turystycznym, przyzwyczajonym do wszystkiego Stambule, zatem miejsca te nie były tak ładnie podane i dostępne. W tym miejscu po raz kolejny muszę się pochylić nad moimi współtowarzyszkami, gdyż bez nich nie zobaczyłabym tak wiele. Nie znając języka byłoby mi tam trudno, a spacerując po wąskich, starych uliczkach nie czułabym się pewnie i zwyczajnie bym tam mogła nie zajrzeć.
Podobnie zresztą, mogłabym nie trafić na sławny deser - katmer. Nie przysłonił mi mojego ulubione künefe, ale dał radę. Katmer robi się z podrzucając kawałek rozwałkowanego ciasta aż się zrobi wielki i cieniuteńki i przezroczysty. Wtedy się go zwija, kładzie kajmak, czyli taką tłustą masę powstałą, jak mi wikipedia podpowiada, z gotowania mleka z cukrem w różnych proporcjach, znowu zwija, potem smaży, polewa syropem powstałym z gotowania wody z cukrem, posypuje pistacjami a na koniec...cukrem pudrem. Brzmi nieźle co?? Jak dla mnie to ten kajmak trochę za tłusty, ale poza tym, to naprawdę bardzo dobre. Poniżej foto-story powstawania deseru. Miejsce w którym byłyśmy ma swoja stronę internetową, więc możecie zajrzeć (http://katmercikerimbekan.com/). Po turecku, ale są jakieś zdjęcia. Tradycja robienia tych deserów przechodziła tu z ojca na syna od kilku pokoleń. Co ciekawe, w Turcji często się uważa, że właśnie takie desery mogą przygotowywać tylko mężczyźni, bo jedynie oni mają na tyle siły, żeby ciasto było takie cieniutkie.Poniżej kilka zdjęć bazarowo sklepowych z Kilis, choć główny handel wiąże się z perfumami i kosmetykami, z czego jedna z koleżanek skorzystała znowu obficie (wspomnę jedynie o perfumach wcale niezłych marek w ilości 10 flakonów, a do tego były i inne zabawki) wydając coś około równowartości 400 złotych. Ja tak nie przyszalałam. Na zdjęciach jednak tradycyjne stragany z fasolami, ziarnami, oliwkami, suszonymi warzywami, jelitami (tak, te żółte wstążki to jelita) i czymś na co mówi się po ichniemu kiełbaska, a jest, co niektórym już znanym przysmakiem: orzechy w gumowatej zalewie z winogron.
Coś specjalnie dla Staszków :) zdjęcia lokalnych rumaków ze stylowymi torbami:
Ostatni wpis w tej części - zdjęcia poniżej pokazują tradycyjny dom w Kilis (zostało już tylko niewiele) który składa się z kwadratowego, wewnętrznego podwórza otoczonego pomieszczeniami nazywanymi wg pór roku: pokój zimowy, wiosenny itd. Ponoć w dawniejszych czasach mieszkali w takich domach ludzie zamożni i tak sobie wymyślili i tak też pomieszkiwali, adekwatnie do nazwy, ponoć z nudów. Nie wiem na ile ta informacja jest sprawdzona, ale mówił tak sam właściciel, może nie zamożny, ale lokalny. Nie było to żadne muzeum. Jedna z koleżanek zwyczajnie zapytała się czy możemy zwiedzić i zostałyśmy wpuszczone na podwórze. Aparat akurat wtedy postanowił mi paść, ale jakieś ujęcie nie najciekawsze zdążyłam zrobić.
CDN.
Ojej... motocykle !!!! ale fajnie :)
OdpowiedzUsuńi nawet jest Yamaszka :D
OdpowiedzUsuńKochana siostro proszę się nie opier... tylko wstawić nową notkę bo tu nie wiadomo co się dzieje :). Jak się nic nie pojawi w tym tygodniu to aż się zdenerwuję i zadzwonię z pytaniem co słychać
OdpowiedzUsuń